Nepal

Annapurna Base Camp

To była moja pierwsza podróż do Nepalu. Wtedy to odważyłam się trochę losem zmuszona, do samotnej podróży. Pełna obaw i lęku, o to jak na wysokościach sama sobie poradzę, ostatecznie uspokojona przez Janusza Kalinowskiego, który poinformował mnie, że idę na tę wyprawę z najlepszym: Leszkiem Cichym.

Ta podróż, dała mi przestrzeń do myślenia, że Nepal to moje miejsce, rozpoznawalne od pierwszych kroków na lotnisku w Katmandu. Widoki, zapachy i obyczaje znane mi od najmłodszych lat, kiedy to czytałam pierwsze książki Jerzego Kukuczki czy Krzysztofa Wielickiego. Kultura wprawdzie nieznana, stąd może pierwsza samotna wizyta w Pasupatinath i widok palonych zwłok szokujący, ale szybko przyjęłam ją z pełnym jej dobrodziejstwem. 

Katmandu – mimo wrzawy, zgiełku i wydawać by się mogło chaosu, od razu pokochałam z każdym wkurzającym krzykiem sprzedawców ulicznych. Zapachy jedzenia i kadzideł, stały się jak najpiękniejsze dla mnie perfumy – idealnie zlewające się z zapachem mego ciała.

Pierwszy raz zobaczyłam na własne oczy Annapurnę z pokładu helikoptera i wtedy to pierwszy raz łzy się polały i dech odebrała, pierwsza bezmyślna próba energicznego wbiegnięcia pod sanktuarium. Podczas powrotnego lotu, łzy się lały już cały czas – bo spełniłam marzenie życia, jakim była podróż do Nepalu. Sama trasa trekkingu jest dość tłoczna, ale każdy kolejny krok był piękniejszy, a szczyty wyższe od tych, które widziałam do tej pory.

Nepalskie schody (stopnie ułożone z kamieni na różnych wysokościach od 20 cm do 50 cm) chyba długo po tej wyprawie były moim koszmarem. Sporo też podczas tej wyprawy popełniłam błędów technicznych – starając się iść swoim normalnym tempem – co ostatecznie doprowadziło do stanu paniki podczas nocy w ABC. 

Co zapamiętałam z tej podróży? – ludzi. Marka, Radka i Roberta i kilkoro innych z którymi spotkałam się po powrocie do Polski. 
Z Markiem mam kontakt do dnia dzisiejszego – to od niego usłyszałam o filozofii małych kroków – najważniejsze to zrobić krok, nawet jeśli mały do jednak krok do przodu. 

Manaslu Base Camp

Podróż, która miała prowadzić pod Everest, jednak plany pokrzyżowała pogoda. Dwa dni oczekiwań, by ostatecznie zrezygnować z pierwotnych planów. Brak możliwości lotu do Lukli wymusił przeorganizowanie pozwoleń, transportu i tragarzy w ciągu 24 godzin. Wybór był jeden – zobaczyć to, co dziewicze i piękne. Wybór padł na Manaslu. Trasa prowadziła przez różnorodne krajobrazy, od subtropikalnych dolin, po surowe, wysokogórskie przełęcze, wiszące mosty oraz zjawiskowe pola jęczmienia uprawiane na wysokości ponad 3000 m n.p.m.  Wszystkim tym widokom towarzyszyła ósma najwyższa góra świata: Manaslu. Podejście pod Base Camp wymęczyło mnie, jak żaden z moich biegów ultra, ale wysiłek wart był każdej, spalonej kalorii i wylanej kropli potu. Wszystko jednak co w tej wyprawie było najpiękniejsze było później, gdy dotarliśmy w duchowe pogranicze Nepalu i Tybetu. Klasztory buddyjskie, stupy i modlitewne mury Mani, wioski Samagaun i Samdo, odcisnęły na mnie religijne piętno. To tu, narodził się pomysł kolejnej wyprawy do Tybetu, aby zanurzyć się w pełni w tej kulturze, rytuałach i tradycji. Kulminacją wysiłku fizycznego i wybuchu euforii było przejście przez legendarną przełęcz Larkya La Pass  5106 m.n.p.m. Krzyk radości i zachwytu, został na szczycie przełęczy, ale do Polski przywiozłam przyjaźń z tymi, którzy byli częścią tego krzyku – moja osobista Loża Szyderców.   

Trzy Przełęcze Khumbu i Everest Base Camp

Każdy ma swój Everest i każdy ma stoją drogę pod tę górę. Moja droga miała trochę zakrętów. Kiedy zaplanowałam ją pierwszy raz, pogoda miała inne plany. Nie udało się więc dolecieć do Lukli. Myślę, że wszystko musi się wydarzyć w swoim czasie. Mój właściwy czas, był rok później.  Droga pod Everest wiedzie różnymi ścieżkami, moja oczywiście jak większość moich wyborów – wiodła tym, najtrudniejszym wariantem. Może dla tego, że filozofia moja mówi, że tylko to, co ciężko zdobyte, najbardziej się docenia.  Aby jednak móc świeczki urodzinowe zdmuchnąć pod Lobuche, musiałam przekroczyć trzy przełęcze. Pierwsza z perspektywy czasu chyba najtrudniejsza, miała nazwę Renjo La. Była trudna, ale widok po drugiej jej stronie odpłacił mi najpiękniej – widokiem na jeziora Gokyo. Do drugiej zwanej Kongma La prowadził lodowiec, który dźwiękami walących się bloków przemawiał do wyobraźni. Trzecia zaś przełęcz odsłoniła widok na Makalu. W sumie przeszłam 170 km w ciągu 21 dni, gdzie widziałam najpiękniejsze wschody i zachody słońca nad Everestem, Lhotse, Nuptse, Makalu, Tobuche, Pumori, Cho Oyu, Lobuche, oraz Ama Dablam. Doświadczyłam błogosławieństwa mnichów, magii hipnotyzujących mantr, mocy lokalnego alkoholu, odgłosów zamarzniętego jeziora, dźwięków pękającego lodowca i złości okraszonej słowem ,,fuck”, kiedy sił naprawdę brakowało.  Wszystko co we mnie się w tej podróży urodziło, ze szczegółami zapisane zostało w mojej książce ,,50 lat w drodze pod Everest”, więc zostawiam resztę szczegółów tej najpiękniejszej w moim życiu podróży.

Przewijanie do góry