Patagonia

Patagońskie Andy. Granitowe szczyty Fitz Roy oraz Cerro Torre. Jeziora polodowcowe i drzewa wykręcane przez wiatr, przypominające kształtem stwory z epoki lodowcowej. 150-kilometrowa pętla dookoła masywu Torres del Paine z dziewiczą naturą parku narodowego, czekającą aby się w niej zanurzyć. Trekking pod najpiękniejsze szczyty tych gór. A całość przepleciona odwiedzinami takich urokliwych miasteczek jak El Calafate, El Chaltén, Puerto Natales.

Mimo początkowych wątpliwości, czy to nie będzie komercyjny turystyczny spęd, ostatecznie serce skradła wyspa Magdaleny, miejsce naturalnego lęgu pingwinów Magellana. Zamieszkiwana przez największą w kraju kolonię pingwinów, liczącą około 60 tysięcy par, ale też przez mewy czy kormorany. W 1966 roku stworzono tu park narodowy, a w 1982 przekwalifikowano go na pomnik przyrody. Widok przechadzających się jak w bajce „Pingwiny z Madagaskaru” zwierząt, wywoła uśmiech nawet u największego smutasa na świecie. Coś przeuroczego.

Moją wyprawę zakończyłam najpierw rejsem w okolice lodowca Grey, a potem spacerem wokół czegoś, co — jak napisałam w moim opowiadaniu — umierało na moich oczach. Postępujące w zatrważającym tempie ocieplenie klimatu i topniejący lodowiec, hukiem walących się lodowych skał wielkości bloków, wręcz krzyczał o opamiętanie. Piękne, a zarazem smutne miejsce, które ludzkość zabija.

Przewijanie do góry