Spotkanie dusz

Fragment książki ,,50 lat w drodze pod  Everest’’.

Jakiś czas temu dotarło do mnie, jak bardzo rytm mojego dnia jest  podporządkowany kawie i jak bez niej, dzień zaczyna się beznadziejnie. Nawet tu, w Nepalu, gdzie prym wiedzie świat herbaty imbirowej, kawa jest moim eliksirem szczęśliwości. Wybór pada na kawiarnię Pumpernikiel. Nie znałam tego miejsca, mimo że to prawdopodobnie jedna z pierwszych kawiarni na Thamelu. Idziemy pierwszy raz całą grupą, ale dla mnie jakby ta grupa nie istniała. Jestem gdzieś z boku myślami i ciałem. Niby idziemy razem, ale ja jakoś z tyłu. Idę i oddycham nosem wciągając zapachy tego miejsca, delektując się nim. Dziwne, ale tęskniłam za tym trąbieniem, ludźmi, zapachami i sklepikami z pierdołami. Tęskniłam nawet za sprzedawcą skrzypiec, którego za kilka dni będę pewnie chciała już zabić za tę grę, a właściwie za samo istnienie jego i milionowe pytanie czy chcę je kupić. Czuję, że wróciłam do siebie, mojego drugiego domu.

Obserwuję z tyłu członków mojej grupy. Część zwłaszcza ta damska już szuka wzrokiem, co można kupić, część patrzy z zaciekawieniem, widząc pierwszy raz to miejsce. Patrzę też na kierownika, który wolno idzie jako pierwszy i wydaje mi się, że robi dokładnie to samo co ja, oddycha głęboko i chyba nawet nie mając świadomości uśmiecha się delikatnie. Myślę, że wróciły mu wspomnienia, te z ostatnich wypraw  i wielu pewnie tygodni, które tu spędził na przestrzeni lat.

Wchodzimy do kilkupiętrowej kawiarni, gdzie od wejścia już pachnie kawą. A to zwiastuje nie tylko pyszny, ale i miły początek dnia. Wypieki, śniadania i kawa, tak to wszystko można tu zamówić i nie będę oszukiwać, że pachnie i wygląda smakowicie. Zamówienie złożone, więc czas poszukać miejsca, aby wygodnie usiąść. Wchodzimy schodami na pierwsze piętro a następnie kolejne i kolejne, szukając czegoś dogodnego dla całej jedenastoosobowej grupy. W każdym pomieszczeniu z olbrzymim oknem na całą ścianę są ustawione małe i duże stoliki, ławy, stoły a przy nich krzesła lub fotele. Kawiarnia dla każdego, od kochanków, którzy po upojnej nocy mogą przyjść tu i wypić wspólnie poranną kawę, mając w głowie jeszcze grzeszki ostatniej nocy, przyjaciół siedzących i rozmawiających o niczym, po ludzi gór, którzy albo wyprawę zaczynają tak jak my, albo już wspominają to co w górach przeżyli. 

Mieszanka kulturowo-społeczna siedząca z parującymi kubkami przy dużych szklanych oknach, których szyby bronią przed hałasem tego, co na zewnątrz, a tam świat pędzi i nie wiadomo właściwie po co.  

Ostatecznie na drugim piętrze znajdujemy duży stół, jednak siedzi przy nim mężczyzna. Ma około 70 lat, długie siwe włosy, wygląda jak typowy rockman. Dosiadamy się do niego z całą grupą pytając wcześniej o zgodę. Dziwne, ale na tyle pięter i stolików z siedzącymi przy nich ludźmi, właśnie on przyciągnął moją uwagę. Cholera nie mogę od niego wzroku oderwać. Ktoś powiedział, że podobny jest do Marka Knopflera, więc niektórzy zaczynają szukać w necie zdjęć i informacji, kto to jest Mark Knopfler. Ja nie dostrzegam w nim podobieństwa do słynnego lidera zespołu Dire Straits i nie szukam w nim sławy, ale jakoś znajduję w nim spokój. 

Coś jest w jego wzroku, może twarzy a może sposobie bycia, którym zaciekawia. Jakby urwał się z inne epoki. Kilka razy łapiemy się wzrokiem, więc staram się być bardziej dyskretna. Nie siedzi z telefonem w ręku jak większość młodych osób a z notesem, w którym długopisem coś zapisuje. Patrzę jak głową delikatnie rusza w rytm jakiejś muzyki, której słucha na dużych słuchawkach. Nie jestem w stanie rozpoznać utworu, ale patrząc na jego styl wydaje się, że to raczej musi być rockowy kawałek. 

Łapiemy się kolejny raz wzrokiem, mimo że tego nie chcę. Chciałabym jedynie widzieć to co naturalne, a nie to co speszenie pewnie usztywni i zmieni w zachowaniu człowieka. Zerkam na dwie książki jakie ma przed sobą. Dostrzegam tytuł jednej z nich ,,Owning your own shadow” Johnsona Roberta – Psychologia ciemnej strony człowieka. Chyba mnie nie zaskoczył jego wybór, bo wygląda mi na kogoś, kto szuka pytań również o tę trudną stronę ludzkiej natury. Podnosi wzrok po skończeniu własnych notatek w notesie i zaczyna nam się przyglądać, słuchać. Po chwili dzwoni mu telefon, więc odbiera go i zaczyna rozmowę po angielsku. Słysząc akcent obstawiam, że to Irlandczyk. Rozmawia odchodząc od stołu, ale po kilku minutach wraca i siada w tym samym miejscu, i nadal się przygląda. 

Dziwne, ale może czasami tak właśnie z człowiekiem jest, że przyciąga go zaciekawienie innym. Zastanawiam się jaka historia się za nim ciągnie. Pewnie nigdy się nie dowiem, ale robię mu zdjęcie nie wiedząc w zasadzie czemu. Może mądrość jego oczu, może inność, nie znam w tej danej chwili odpowiedzi. Wygląda jakby się z niczym nie spieszył, jakby to co intensywne już w swoim życiu przeżył, ale mimo to, to co piękne nadal przed nim. Nie ma tu pogodzenia z upływającym czasem a jedynie okiełznanie tego czasu. Jakby wiedział, że czas rządzi się swoimi prawami i wie, że nie pospieszysz i nie opóźnisz niczego, bo czas ma własny plan.

Nie jestem ciekawa jego nazwiska ani imienia, ani tego co przeżył, ale może powinien wiedzieć, że ma coś w sobie co emituje ciepło.

Kończymy kawę i wychodzimy. Kiedy jestem już w drzwiach, coś nie daje mi jednak wyjść. Waham się, ale ostatecznie niepewnie jednak cofam. Podchodzę do niego i ze spokojem w głosie pytam o zgodę na zrobienie sobie z nim zdjęcia. 

Zdziwiony, ale z uśmiechem pyta mnie po angielsku:

 – Would you like to take a picture of me? 

Przytakuję głową. Zastanawia się chwilę, ale po sekundzie odpowiada z uroczym uśmiechem:

– Ok, if you want.

Przykucam, robiąc nam kilka wspólnych zdjęć i kilka tylko jego twarzy dla mnie najpiękniejszej w tej kawiarni. Zamieniam z nim dosłownie kilka słów, odpowiadając mu też na pytanie skąd jestem i co robię w Katmandu i tłumacząc też w skrócie, co widzę w jego oczach. 

Nie było w nim zdziwienia tym co powiedziałam, raczej świadomość, że wie o czym mówię. Odchodząc, życzę mu udanego dnia i wymieniając się uśmiechami oboje chyba bez słów wiedzieliśmy, że zapadniemy sobie w pamięć – mi jego spokój a jemu może zdziwienie, że ten spokój ktoś dostrzegł. Wiem, że nigdy się nie spotkamy, ale też wiem, że może kiedyś usiądę w tej kawiarni sama, tak jak on teraz i bez pośpiechu wypiję kawę, patrząc jak czas płynie nie mając przerażenia w sobie. Wtedy będę tak pogodzona z czasem jak był ON, kimkolwiek był. 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry