Żurawi krzyk
Miałam kiedyś marzenie obudzić się w domku na wodzie. Gdzie krawędź łóżka, byłaby krawędzią wody. Gdzie, aby jego lustro zobaczyć, wystarczyłoby tylko lekko głowę podnieść z poduszki. Marzyłam o miejscu, gdzie gwieździste niebo patrzyłoby milionem oczu, na mój cień, siedzący na pomoście ze stopami w wodzie. Gdzie, ulewny deszcz zmyłby wszystkie troski i świeżość myśli przyniósł. Deszcz, którego wielkie krople podbijane do góry, byłyby jak miliardy odwróconych małych jednobarwnych parasoli, ułożonych na tafli wody. Miałam marzenie, aby wstać przed świtem i na SUP-ie na środek jeziora wypłynąć, aby doświadczyć stanu, w którym całą sobą poczuję styczność z otaczającą mnie przyrodą, aby stać się częścią panującej o poranku w przyrodzie harmonii. Marzyłam, aby sama na środku jeziora, jedynie szarością wody i nieba być otuloną. Być kropką na horyzoncie, dwóch przeciągających się i gotowych do przebudzenia światów.
Dziś, to marzenie skreśliłam z listy, jako spełnione.
Był ranek, a jezioro czekało jak leżący u boku mężczyzna, spragniony aby każdy zmysł w kobiecie obudzić. Więc nie każąc na siebie czekać, pośpiesznie ku niemu na pomost ruszyłam, czule szeptem wiatru się witając i pozwalając lekkimi falami na wodzie się kołysać – wypłynęłam.
W marzeniach ten poranek miał być bezwietrzny. Dziś jednak, wiatr lekko dmuchał, więc bliskość tataraku jedynie wyhamować go mogła, dając tym samym intymności osłonę, temu co w jej gęstwinie na świt czekało. Patrzyłam w skupieniu, wzrok wytężając, jednak nie widok a dźwięk dreszcze po chwili wywołał.
Pierwsze żurawie się przebudziły. Ptaki, które swoim krzykiem, tęsknotę wywołują. Krzyk, który niesiony podmuchami wiatru i odbijany echem o napotkane drzewa, potęgował tylko tej tęsknoty siłę. Tęsknoty, której przyczyn nie mogłam w sobie odnaleźć.
I kiedy w tych nostalgii myślach, zawiesiłam się na dłuższą chwilę, inne ptactwo do jeszcze większej tęsknoty mnie porwało. Gęsi. Ptaki, które nie tylko smutku jesiennymi łzami potrafią spłynąć po twarzy, ale też ludzi wspomnienie w myślach przywołać. Dla mnie one wolności są symbol ale też i straty. Niczym w pióra ubrane ludzkie istoty, które czasami na dłużej przylatują a czasami tylko przelatują nad życia osią, zostawiają po sobie dźwięki: głosu, piosenki a i podrywanych do swego lotu skrzydeł. Wzrokiem podążam, odprowadzając obserwowaną przeze mnie gęś, która ostatecznie odlatuje w sobie tylko znanym kierunku, zostawiając pustkę.
Wiatr cichnie.
Przepływam więc na drugą stronę jeziora. W gęstwinie daje się ujrzeć łódkę i stojącego w niej starszego mężczyznę, który kiedy podpływam bliżej, jedynie głowy skinieniem się ze mną wita, może nie chcąc ryb spłoszyć, a może słowa o tej porze dnia są po prostu intruzami. Przecież w końcu oboje jesteśmy tu po to, aby pomilczeć. Odpływam więc, zostawiając go tylko z myślami, może też o życiu a może jedynie o tym czy uda się coś złowić na śniadanie. Wydajemy się tacy podobni w tym co robimy. Oboje łowimy – on wędki używając a ja oczu i aparatu. I obojgu jedynie sekundy są potrzebne, aby napełnić swoje pragnienie. W pamięci odszukuję poranek nad morzem, gdzie udało mi się złowić obiektywem nie tylko rybaka, ale i jego wschodzący czerwienią słońca połów. Stojąc w wodzie po pas, czekał na wschód słońca, może też i po to aby je na haczyk złowić i przytrzymać na chwilę dla ludzi zachłannych tego właśnie widoku. Dziś wschodzące słońce nie dało się złowić, ani rybakowi ani mi, ani nie było też czerwone. Ale piękno ma też inne barwy. Dziś miało szarości odcienie. I kiedy o barwach kończyłam rozmyślanie w jednej chwili słońce rozpychając się swymi łakociami przez gęste chmury, promienie przez nie przecisnęło, może w podzięce za cierpliwość. Srebrne światła iskierki jak konfetti na kilka sekund na tafli mojego jeziora rozrzuciło, rozpoczynając nowego dnia świętowanie, aby po chwili speszone moją osobą, znowu schowało się za chmury, niczym zawstydzone małe dziecko, za mamy spódnicą. Złowiłam tę chwilę kilkoma ujęciami, aby zaraz potem schować telefon do kieszeni i płynąć spełniona już tylko z uśmiechem na ustach w stronę pomostu na randki zakończenie. Marzenia. One czasami potrzebują cierpliwości, czasami lekkiego przemodelowania a czasami uwagi i zobaczenia tego, co ostatecznie zachwyt wywoła. Nawet jeśli jest innej barwy.
