Don Kichot z Bukowca
Każdy w Bukowcu ma własne ścieżki. Moja, wije się pomiędzy miłością do tego miejsca, a myślami jakie tylko tu do głowy mi przychodzą. Ale zanim zacznę moją literkami pisaną tu opowieść – kawa. Tutaj, pijam ją przy długim drewnianym stole, tak jak kiedyś było w zwyczaju biesiadować. Dokładnie przy tym pierwszym, przy szklanych wrotach ustawionym, moja się zawsze zaczyna, aby zaraz potem wychodząc z kawiarni ukłonić się temu, którego ja Don Kichotem z Bukowca nazywam. Rycerza, który walcząc z wiatrakami bronił cnót, jakich mój świat już nie zna a na pewno już o nie, nie walczy. To on, z kopią w ręku, niby bojowo a jednak przyjaźnie wita mnie za każdym razem na swoim zardzewiałym blaszanym rowerku szepcząc mi.…może i świat się zmienia, ale swych cnót bronić trzeba zawsze, nie patrząc na wiek.
Próbując wzrokiem podążyć za jego dumnie uniesioną głową, patrzę przez chwilę w stronę, w którą wydaje się, że i on patrzy… w niebo. Prawie zawsze w tej jednej chwili, kiedy zadzieram głowę, niebo jest błękitne, jakby na znak potwierdzenia, że On właśnie jest gotów mi go przychylić. Kiedy już mego rycerza lekkim dotknięciem dłoni pozdrowię, schodami w stronę herbaciarni na chwilę, powoli się wdrapuję. I mimo, że to najpiękniejszy prezent jaki mąż może podarować żonie w drugą rocznicę ślubu, to ja nie dla zachwytów Świątynią Ateny ją odwiedzam. Nie dla piękna budynku samego w sobie tu przychodzę, a dla widoku jaki mam przed sobą, kiedy siadam na schodach z głową opartą o marmurową kolumnę – widoku Królowej Karkonoszy, Śnieżki. Jest jak dojrzała, świadoma kobieta, która swoją kobiecością onieśmiela wszystkie inne szczyty. Kiedy wzrok nacieszę jej widokiem, schodzę w dół aby w jej towarzystwie zacząć mój spacer. Moja ścieżka wiedzie dookoła stawu, zaczynając od trawiastego przejścia po jego prawej stronie.
Pierwsze kroki me, zatrzymują mijane połaci lilii wodnych, które w pamięci przywołują najpiękniejszą z filmu ,,Noce i dnie” scenę. Tu zawsze rodzi się we mnie pytanie czy w moich czasach, jakikolwiek mężczyzna byłby w stanie brodząc w wodzie, zbierać dla kobiety, kwiaty z miłości. Mijam z westchnieniem nostalgii wodne łąki, aby kilka kroków dalej spocząć na ławeczce i znowu przez chwilę nacieszyć wzrok widokiem na tą, która pięknością jest tego masywu. Tu, nie tylko wzrok zostanie nakarmiony ale i słuch obudzi to, co zakrzyczane dźwiękami miasta zostało. Muzyka natury i najpiękniejszy w jej wykonaniu koncert. Żabi rechot z pierwszego rzędu, przeplatany krzykiem żurawi z ostatniego, ukrytego w trzcinach. By po chwili dać miejsce chórowi śpiewającemu na wiele ptasich głosów. Na tej ławce, spędzam czasami godziny, słuchając dźwięków, a czasami jedynie patrząc jak ptaki łowią ryby, które bawiąc się z oprawcą w chowanego, raz na jakiś czas przedrzeźniając, pluskiem wody dają znak, że czekają w głębinach. Po drugiej stronie stawu wśród drzew dostrzec można Mauzoleum, gdzie nagrobki małżeństwa Redenów zostały mimo, że ciała ich gdzie indziej zostały przeniesione. Dla mnie to miejsce ich wiecznej miłość. Kiedy ścieżką mą przejdziesz się dalej, ujrzysz drzewo przez bobra nadjedzone, jakby ząb czasu o sobie chciał przypomnieć. Ale mimo nadgryzienia nadal żyje to drzewo i soki wydaje własne. Na mej ścieżce zawsze uważnie przyglądam się drzewom. Zawsze widzę ich dwa – jakby symbolem były tego miejsca. Kobiety i mężczyzny. Zawsze obok i blisko siebie, gałązkami próbując się dotykać i dłonie chciały sobie podać. Na rozdrożu ścieżek, są dwie drogi. Jedna do Opactwa prowadzi a druga w stronę dzieciństwa mego wspomnień, do alei wierzbowych. Tu zawsze przenoszę się myślami do dróg, które pamiętam jako dziecko, spędzając u dziadków wakacje. Beztroskie lato spędzane na łące, w sadzie, pełne krowiego mleka, bosych stóp i chleba skubanego ukradkiem aby babcia nie przyłapała i po łapach nie dała. Bo jedzony gorący, brzuch mógł rozboleć. Potem piękne smukłe brzozy się mija z ulami, które latem brzęczą jak oszalałe. Ścieżkę moją w Bukowcu kończę na ławeczce Redenów, aby ostatnim spojrzeniem na Śnieżkę zakończyć mój spacer. Przyjmuję tu siedząc z pokorą to, co w głowie zaszumiało i to, co życie dla nas przygotowało. Wracając do samochodu obok pałacu w Bukowcu, mijam miejsce do którego można książkę włożyć. Kiedyś tam zostawię może moją historię, aby żyć zaczęła własną ścieżką.
Wsiadając do samochodu na parkingu przy kawiarni, zerkam w stronę tego, któremu kłaniam się i szepczę …
całuję cię mój Don Kichocie, trzymaj się dzielnie i nie daj, wiatrom mojego wieku.
